wtorek, 16 lutego 2010

Personal responsibility, wersja emigracyjna

Nad modrym Dunajem czytam książkę o prowincjonalnych Niemczech i coś mi to przypomina. Może nie dokładne miejsca, ale okolice, bliskie memu sercu, bo pamiętające słodkie czasy dzieciństw. Co, że niemieckie, co, że przygraniczne, że mało polskie, ale jednak dziecięce, te lepsze. Choć szczerze nie mogę powiedzieć, że teraz jest gorzej. Nie ma po prostu tej beztroski. Nie mieszkam już z rodzicami, nie wpadam jak zgłodnieję do babci na obiad lub na cokolwiek, bo babcia zawsze coś tam ma i mi odgrzeje zupkę lub co bądź. Tak teraz myślę, że świadoma, od dawna planowa,a bo już od czasów licealnych wyprowadzka z rodzinnego gniazda, teraz jest dla mnie jak znalazł. Nie zachwycam się wolnością, nie łapię jej łapczywie. Przyjmuję nowe, "emigracyjne" doznania, jako dalszą cześć tego, co się zaczęło. Jasne, że tęskno, za mamą zwłaszcza i za myślą, że nie będę czekać na tatę z małym bukiecikiem na lotnisku i, że byłoby to niebawem. Zresztą, to tylko jakieś 3 tygodnie więcej, które zlecą, zanim się obejrzę, a to on będzie na mnie czekał, a potem na niemieckiej autostradzie będziemy śpiewać sobie "One love, one life, oneeeee". Mam nadzieje, że zleci, choć nie chcę z drugiej strony żeby zleciało, chcę poznać nowych ludzi z grupy zajęciowej. Przypominają mi się też dobre czasy Londynu, Ramsgate. Wtedy sama dałam radę, mając niespełna naście lat. Jakoś nie jest mi specjalnie smutno. Nie mam parcia na wielki powrót, ale chciałoby się na weekend wpaść do domu, a nocami uczyć się z C. do kolokwiów. Nie martwię się, nie smucę się.

To była część sentymentalna. Teraz będzie część- ojej, jak tu dziwnie!

Akademik- przemilczę, turo rudi- pyszności, ludzie- zależy. "Katyń" po węgiersku i zdubbingowany Jan Englert- cudo i miód, nawet tak nie raziło. Aha, nie mogłaby być sobą, gdybym nie zaczęła z zapałem opowiadać o historii Polski i o tym, jak to wielka była od morza do morza. 

Update 18.02.2010

Lista osobista:

1. Ultraviolet U2

2. Wake up Dead Man U2

3. Tryin' to Throw Your Arms Around the World U2

4. Bullets Archive

5. So weit Urbs

środa, 27 stycznia 2010

Personal responsibility

Pamiętacie scenę z "Misia" z kotłowni? "Pani kierowniczko, ale jest zima, to musi być zimno". Dziś w PKS zimno jak diabli, kierowca mówi, że jest przecież włączone ogrzewanie, a szyby od środka zamarznięte chyba przez przypadek... No to za telefon do dyrekcji PKSu w G., która jak pan z kotłowni informuje, że "przecież jest ekstremalnie zimno, to musi być zimno!". No błagam! PKP przy PKS to jakiś Shinkansen. Jestem jedyną chyba osobą, która nie narzeka na pociągi...

A właśnie, co do pociągu, ucięłam sobie w czasie podróży przemiłą pogawędkę z pewną dziewczyną. Zagadnęła mnie, bo zobaczyła, że czytam pewien podręcznik, który przypomniał jej o czasach studenckich. Miła rozmowa, o studiach, o tym, że się doktoryzuje, pytania o wykładowców, bo a nuż miała z tymi co ja mam, mimo, że inny wydział, o wyjazdach zagranicznych etc. Przemiła osoba i przemiła rozmowa.

Wciąż pobrzmiewa mi w uszach, chodzi za mną i nie daje o sobie zapomnieć koncert Archive w Poznaniu. Personal responsibility, personal responsibility, personal responsibility... Dużo nowych kwałków, do tego kapitalne wizualizacje, ale też "Fuck U", no i taki "Again" na Encorach, jakiego jeszcze nie słyszałam, zwalił mnie z nóg i nie tylko mnie. Zespół kolejny raz pokazał, że koncertowo są niewiarygodni.


piątek, 15 stycznia 2010

Jimmy Page

Na koniec "fantastycznego" dnia i ogólnie rzecz ujmując tygodnia wytężonej pracy umysłowej spaliłam patelnie... No o mały włos spaliłam. W każdym razie kuchnia była szara od dymu, a do tej pory, mimo usilnego wietrzenia całego mieszkania, unosi się w powietrzu taki nieprzyjemny zapach spalenizny. To wszystko przez ksero na wydziale! Siedziałam blisko pół godziny na ławce przed czytelnią czekając na moje ksera, kiedy mogłabym zabrać teczkę pana mgr do punktu ksero przy wydziale, ale nie, nie chcieli mi jej wydać. W każdym razie z obiadu nici wyszły, stołówkę mi zamknęli...Co prawda mogłam pójść na placki po drugiej stronie ulicy, czy też na obiad wegetariański, ale już zrozpaczona, wróciłam do domu, bo po drodze musiałam kupić owoce, dużo owoców. Zresztą kolejny raz kotlety sojowe z kiełkami... Chciałam normalny obiad! 

Zresztą miałam w planach zakupy, nowe słuchawki do iPoda, może nowa płyta... Szczerze, nie miałam na to siły.

Teraz siedzę, niczym dziecko z chorobą sierocą słuchając piątkowej Listy Osobistej Metza z Jimmy Pagem w roli głównej. Na ten wywiad, na listę Jimmy'ego napalałam się od początku roku, kiedy to pan redaktor ogłosił, że ma się takowy pojawić na antenie jedynego, słusznego radia. 

piątek, 1 stycznia 2010

Lista Osobista wersja mało osobista

Włączam Metza (piątkowa LO) a tam U2. Zresztą ShoutBoxowa grupa zaraz jeszcze gotowa jest uwtorzyć trzyosobowy fan club pana redaktora. Zakochałam się w The Last Shadow Puppets, a to wszystko przez Adama Claytona i jego commute to studio in France. Film do obejrzenia na Facebooku na profilu U2, wystarczy dobrze poszukać.
My mistakes were made for you i śnił mi się McDreamy. Jechaliśmy tramwajem, o zgrozo!
Wczorajszy DJ- the best DJ ever! Było The Last Shadow Puppets, U2 spejalnie dla mnie, The Clash, Stonesi, The Beatles, Porcupine Tree...

Słucham My mistekes were made for you i namyśl mi przychodzi riwiera francuska, wakacje, cabriolet...Smash to smithereens.
Zrobił się leniwy wieczór. Ja lubię takie leniwe wieczory. Wtedy można włączyć sobie na DVD film, czy koncert.

Zepsuło nam się w kuchni radio- tragedia. W sobotę jedziemy kupować wieże.

Moja dzisiejsza lista osobista:
1. The Last Shadow Puppets "My mistakes were made for you"
2. The Clash "London Calling"
3. John Mayer "Gravity"
4. U2 "New Year's Day"
5. The Verve "Bittersweet symphony"

czwartek, 24 grudnia 2009

I wish you...

My tu, tata na drugim krańcu świata.
Wesołych Świąt Wszystkim!

sobota, 19 grudnia 2009

Kaszmirowski

McDreamy doesn't exist!

Chciałabym zakomunikować światu, że nie istnieje już w moim życiu i już. Kaszmirowski- genialne ozdrowienia! Przejrzałam na oczy, a może zmądrzałam, a może najwyraźniej w świecie mi przeszło. Jednak człowiek na starość nie do końca głupieje. Tym razem mówię na serio i z pełną odpowiedzialnością. Nie jest prawdą, że jest jak bumerang!

I don't love him. Winter just wasn't my season. Just Breath.
No one can find the rewind button
.

środa, 11 listopada 2009

London, Belfast und Berlin

Ch. z grzybnią, jak to ma w zywczaju mówić mój kolega w trudnych dla siebie chwilach, bądź też w momentach zwątpienia. Taki stan, stan "Ch. z grzybnią" utrzymuje się u mnie od zeszłego tygodnia, a dokładniej od zeszłego czwartku, czyli 5 listopada, kiedy to w Berlinia występowało za free U2, a ja oczywiście siedziałam w domu, jęcząc, że nie jestem tam. Wejściówki nie załatwiłam, bo z poczucia obowiązku zamiast olać zajęcia, siedziałam na wykładzie pana dziekana, zresztą nie wiedziałam, że akurat w tamtą środę pewien niemiecki serwis, który naprawdę i szczerze pozdrawiam, wrzucił je do sieci. Kiedy szok minął, akcja załatwiania wejściówek w liczbie dwóch, ale jedną tylko dla siebie też bym wtedy nie pogardziła, ruszyła. Prośby, groźby i błagania nie pomogły, bo nikt nie miał takowej na zbyciu, a takich jak ja było więcej niż przypuszczałam. Jednyna osoba, która w ostatecznym rozrachunku miała na zbyciu takowych biletów w liczbie 4 (tak, czte-rech) i, z którą przez blisko dwa lata dzieliłam łazienkę i w pewien sposób część swojego życia, się na mnie obraziła i mogłam tylko pomarzyć o U2 w Berlinie. Stan melancholii się pogłębiał, a do tego w tym stanie utrzymywał mnie i utrzymuje po dziś dzień "Stay (Faraway, co close)", czemu wyraz dałam na źródłoznawstwie, piszą tekst tej piosenki między kolejnymi etapami krytyki tekstu. Nic to, nie pojechałam, przebolałam jakoś, wsparcia moralnego zbyt dużego nie otrzymałam. Z tego poświęcenia siedziałam przed komuterem, pisząc do taty relacje z koncertu, niby kiepski stream live, niby jakieś krótkie to "One", a Larry mozliwe, ze grał z playbacku, to gdy usłyszałam We looooooove you!!!!!!!! za serce ścisęło i jakoś większa melancholia niż zawsze. Poświęciłam się wielce i jednym okiem oglądałam MTV EMA, dowiadując się co to za zespoły, bo oprócz U2, Placebo, Muse, Green Day, to większość niezbyt dużo mi mówiła. Obejrzałam, przecierpiałam całą galę. Plusy to zobaczyć w TV Adama Claytona nie w kamizelce, a w kołnierzu z wiewiórki i usłyszeć jakaś totalną głupotę z ust Larry'ego. Potem cała gala, kolejne gwiazdeczki, Doda i jakiś bezsens, a dopiero pod koniec 3 piosenki i "One" i Brandenburg Tor i oh... Następny dzień w takich sytuacjach jest gorszy, bo wtedy dowiadujesz się, że co niektórzy byli pod hotelem i mają autografy Bono i The Edga. Dobra, slinę trzeba przełknąć, zapomnieć i pomyśleć, że nie jest to takie złe, gorzej jakby zdobyli autograf od Adama.

To takie melancholijne... Najgorsze w tym wszystkim jest to, że poróbuję wmówić sobie, że taki stan pustki we mnie jest spowodowany przez ten koncert. Prawda tkwi pewnie gdzie indziej, ale ja lubię mieć na wszytsko wtłumaczenie. Poza tym czasem trzeba znaleźć zastępcze wytłumaczenie, bo z takim jest lepiej, lepiej dla własnej psychiki, zwłaszcza, jak zauważa się, że psychika czasem zaczyna płatać figle i zawodzić.
Gdy ostatnimi czasy słyszę Czemu jesteś taka smutna? Powiedz, czym jesteś tak wystraszona? Masz smutne oczy. Zaniepokojona jesteś. wolę mówić, ze wszystko jest w najlepszym porządku, bo jest. Nic się nie dzieje, wszystko jest dobrze. Jestem zdrowa, funkcjonuję normalnie, staram się nawet rozmawiać z ludźmi, a dzięki moim wędrówkom po antykwariatach dojechałam już do połowy epoki... Tyle, że każdy musi mieć, a zwłaszcza osoba z tak postrzępionymi doświadczeniami i wspomnieniami, musi od czasu do czasu poczuć wewnętrzną pustkę.

To jest chyba najbardziej osobisty fragment, jaki do tej pory napisałam.

Amnesty International