sobota, 29 maja 2010
Forever and ever
Kręgosłup boli niemiłosiernie, ale dzięki temu zapominam o nodze. Odstawiłam lekarstwa na bok. Wczorajszy wieczór spędziłam wybierając jakieś nowe aplikacje na iPhona. Oczywiście nic nie wybrałam. Nauczyłam się włączać telewizor. Zrobiłam jakiś postęp. Na pytanie taty czy oglądałam wczoraj telewizję, odpowiedziałam, że tak, Wiadomości, a potem poszłam do góry. Czasem mam wrażenie, że traktowana jestem jak zagubione dziecko przynajmniej, w najlepszym wypadku z chorobą sierocą. Głos Matta Berningera nastraja mnie dość pesymistycznie, w każdym razie nie tak, żeby być wulkanem energii i radości. Może czas lepiej wrzucić do odtwarzacza poczciwą trylogię berlińską?
Obiecaliśmy sobie kiedyś, że pojedziemy na Glasto. Szkoda, że takiego Glasto z Bowiem, Elvisem Costello, Coldplay podczas jednego festiwalu już nie będzie.
Już niedługo będziemy musieli pakować nasze plecaki i namioty i biec na pociąg.
wtorek, 27 kwietnia 2010
Intensywność zieleni
Kiedy miałabym powiedzieć jak wyglądał Berlin po upadku muru to powiedziałabym, ze tak jest obecnie BP. Jest folwarcznie, trochę brudno, miejscami zabawnie. Secesyjne budynki z obdrapanym tynkiem, a pod nimi Cygan sprzedający skarpetki za jedyne 100 ft.
Ten folwark kaze mi wrócić do wspomnień z dzieciństwa i Trójmiasta. Tam na bazarach mozna było kupić nowe filmy Disneya po angielsku, wciśnięte między produkty z NRD, a kozaki, które kupował Zbigniew Hołdys.
Powtarzam, ze momentami denerwuje mnie tutejsza mentalność, brak uporządkowania, znalazłoby sie wiele takich rzeczy, ale tak pięknej wiosny jeszcze nie widziałam. Przede wszystkim tak pięknej wiosny. Jej piękno widać nawet kiedy ma się za sobą stare fabryczne zabudowania na Csepel a przed sobą najbrudniejszą część Dunaju.
Trawa ma niesmaowicie intensywny kolor.
sobota, 20 marca 2010
poniedziałek, 8 marca 2010
Arszenik i Steven McQueen
Osoby dramatu: my, czyli ja (Higany) i Iś.
Miejsce dramatu: tu, dla Was tam.
Czas dramatu: dochodzi powoli pierwsza w nocy.
I: A jak się okaże, że ona rozumie po polsku? (o naszej niepolskojęzycznej wspólokatorce) Jeszcze wsypie nam arszenik do jedzenia.
H: Zacznę wszystko wąchać.
I: Arszenik ma migdałowy zapach?
H: Tak... Nie będę jadła nic co pachnie midałowo i tak smakuje... Albo kupię sobie szczura, któremu będę dawać wszystko do spróbowania...
I: Stevena McQueena?
H: Tak! Kupmy Stevena McQueena! W Camponie jest sklep zoologiczny...!
I: Już lecę, pędzę...
Steven McQueen to był gość...
Update 8.03.2010
Rozmowa z rodzicielką przez gadu-gadu:
Higany 15:57:20
no tak, ale to nie zmienia faktu, ze sie fajnie ubierasz
Mama 15:57:46
a czyzby kasa sie ci skonczyla ze mi kadzisz
Higany15:58:27
co prawda zalpacilam dzis za akademik, ale to nie znaczy, ze mi sie kasa skonczyla
Ja nie mam więcej pytań...
środa, 3 marca 2010
Promyczek Słońca*
Ich bin ein Berliner! Powtarzając za JFK.
Nie prosze państwa, nie jestem pączkiem.
I love this city even doesn't ring me.
Nieprzespana noc, Hiroszima i Nagasaki razem wzięte, a ja mam ochotę zaraz skonstruowac jakąś bombe atomową. Nie wytrzymam, chcę się wyspać.
Nie tęsknię, nie mam za czym? Nie chcę po prostu tęsknić. To nie tęsknię. Tatę chcę zobaczyć, to na bank.
Wiosna idzie. Cieplej się robi. Można chodzić w duży okularach przeciwsłonecznych i z uśmiechem na twarzy. Zacznę się uśmiechać.
*cóż za debliny tytuł.
wtorek, 16 lutego 2010
Personal responsibility, wersja emigracyjna
Nad modrym Dunajem czytam książkę o prowincjonalnych Niemczech i coś mi to przypomina. Może nie dokładne miejsca, ale okolice, bliskie memu sercu, bo pamiętające słodkie czasy dzieciństw. Co, że niemieckie, co, że przygraniczne, że mało polskie, ale jednak dziecięce, te lepsze. Choć szczerze nie mogę powiedzieć, że teraz jest gorzej. Nie ma po prostu tej beztroski. Nie mieszkam już z rodzicami, nie wpadam jak zgłodnieję do babci na obiad lub na cokolwiek, bo babcia zawsze coś tam ma i mi odgrzeje zupkę lub co bądź. Tak teraz myślę, że świadoma, od dawna planowa,a bo już od czasów licealnych wyprowadzka z rodzinnego gniazda, teraz jest dla mnie jak znalazł. Nie zachwycam się wolnością, nie łapię jej łapczywie. Przyjmuję nowe, "emigracyjne" doznania, jako dalszą cześć tego, co się zaczęło. Jasne, że tęskno, za mamą zwłaszcza i za myślą, że nie będę czekać na tatę z małym bukiecikiem na lotnisku i, że byłoby to niebawem. Zresztą, to tylko jakieś 3 tygodnie więcej, które zlecą, zanim się obejrzę, a to on będzie na mnie czekał, a potem na niemieckiej autostradzie będziemy śpiewać sobie "One love, one life, oneeeee". Mam nadzieje, że zleci, choć nie chcę z drugiej strony żeby zleciało, chcę poznać nowych ludzi z grupy zajęciowej. Przypominają mi się też dobre czasy Londynu, Ramsgate. Wtedy sama dałam radę, mając niespełna naście lat. Jakoś nie jest mi specjalnie smutno. Nie mam parcia na wielki powrót, ale chciałoby się na weekend wpaść do domu, a nocami uczyć się z C. do kolokwiów. Nie martwię się, nie smucę się.
To była część sentymentalna. Teraz będzie część- ojej, jak tu dziwnie!
Akademik- przemilczę, turo rudi- pyszności, ludzie- zależy. "Katyń" po węgiersku i zdubbingowany Jan Englert- cudo i miód, nawet tak nie raziło. Aha, nie mogłaby być sobą, gdybym nie zaczęła z zapałem opowiadać o historii Polski i o tym, jak to wielka była od morza do morza.
Update 18.02.2010
Lista osobista:
1. Ultraviolet U2
2. Wake up Dead Man U2
3. Tryin' to Throw Your Arms Around the World U2
4. Bullets Archive
5. So weit Urbs
środa, 27 stycznia 2010
Personal responsibility
A właśnie, co do pociągu, ucięłam sobie w czasie podróży przemiłą pogawędkę z pewną dziewczyną. Zagadnęła mnie, bo zobaczyła, że czytam pewien podręcznik, który przypomniał jej o czasach studenckich. Miła rozmowa, o studiach, o tym, że się doktoryzuje, pytania o wykładowców, bo a nuż miała z tymi co ja mam, mimo, że inny wydział, o wyjazdach zagranicznych etc. Przemiła osoba i przemiła rozmowa.
Wciąż pobrzmiewa mi w uszach, chodzi za mną i nie daje o sobie zapomnieć koncert Archive w Poznaniu. Personal responsibility, personal responsibility, personal responsibility... Dużo nowych kwałków, do tego kapitalne wizualizacje, ale też "Fuck U", no i taki "Again" na Encorach, jakiego jeszcze nie słyszałam, zwalił mnie z nóg i nie tylko mnie. Zespół kolejny raz pokazał, że koncertowo są niewiarygodni.