Komunikacja. Uczymy się jej od dzieciństwa, z różnym skutkiem. Wszystko zależy od naszego potncjału intelektualnego. Nieważne jaka jest nasza kmunikatywność, ważne, że jest, że od czasu do czasu daje o sobie znać i pcha nas do ludzi.
Mój poziom komunikatyność od zawsze był w pewnym stopniu ograniczony. Staram się to jednak zmienić. Piszę mejle, uzalezniam się od skrzynki odbiorczej. Odpowiadam na pytania nieznajomych z Kołobrzegu, nawet uśmiecham się do pań w szatni. Jestem komunikatywna. Staram się. Doceńcie.
Przyjechałam do domu. Znów, drugi raz z kolei, stałam w korku jakieś 40 km. od Gorzowa, bo znów wypadek drogowy. Tym razem miałam komputer. Mogłam oglądać "Chirurgów" i męczyć rodziców na gadu-gadu. Kiedyś napiszę książkę o podróżowaniu. PKS obejmie nad nią patronat. Coraz większą przyjemność czerpię z tych jazd. Pewnie do czasu. Znów mi się pewnie za jakiś czas to znudzi i zabunkruję się w Pz-n. Tak dla odmiany.
Na mp3 od tygodnia "How to save a life" The Fray. Dodaje energii. Tak samo jak kave 3 w 1 o 7 rano z przeciekającego kubka termicznego.
Przyznacie, jestem komunikatywna.
piątek, 1 lutego 2008
środa, 23 stycznia 2008
Chasing cars
"Obiecaj mi, że nigdy nie przyjedziemy znów do Tokio".
I suppose that we are like this chasing cars...Like in this song. Co więc stoi na przeszkodzie? Milion rzeczy, milion zdarzeń, milion niewykonanych ruchów, telefonów, decyzji. Strach, brak przekonania. W końcu się nie znamy. Najważniejsze jest jednak to, że wywołujesz uśmiech na mej twarzy, choć tak naprawdę nie pamiętam Twojej. Wiesz, ja się zmieniłam. Noszę okulary, zaczęłam chodzić w spódnicach, używam mocnych perfum. Dalej jednak przygryzam dolną wargę. Ponoć to z nerwów.
Teraz na kaczki chodzę się wypłakiwać i robić zdjęcia. Mam setki zdjęć, setki niezawsze udanych zdjęć.
Czy coś bym zmieniła? Podjęłabym inną decyzje? Nie. Na swój sposób jestem szczęśliwa. Jak zwykle na swój sposób. How I feel? Jestem szczęśliwa.
I suppose that we are like this chasing cars...Like in this song. Co więc stoi na przeszkodzie? Milion rzeczy, milion zdarzeń, milion niewykonanych ruchów, telefonów, decyzji. Strach, brak przekonania. W końcu się nie znamy. Najważniejsze jest jednak to, że wywołujesz uśmiech na mej twarzy, choć tak naprawdę nie pamiętam Twojej. Wiesz, ja się zmieniłam. Noszę okulary, zaczęłam chodzić w spódnicach, używam mocnych perfum. Dalej jednak przygryzam dolną wargę. Ponoć to z nerwów.
Teraz na kaczki chodzę się wypłakiwać i robić zdjęcia. Mam setki zdjęć, setki niezawsze udanych zdjęć.
Czy coś bym zmieniła? Podjęłabym inną decyzje? Nie. Na swój sposób jestem szczęśliwa. Jak zwykle na swój sposób. How I feel? Jestem szczęśliwa.
poniedziałek, 7 stycznia 2008
Kratka?
- Ki az a férfi aki kockás ingban?
- Kockás? Czyli, że w kratę?
Nie ma to jak inteligentne, pełne polotu rozmowy studentów podczas zajęć. Pytanie jasne, więc po co pytanie na pytanie? Brawa dla mej osoby. Wszystko można zawsze zwalić na zaspanie, na poniedziałek...Tylko gdzie zaspanie o godzinie 16? Co do zaspania, to ludzie cierpiący na bezsenność potrafią dostawac halucynacji, więc jakbym coś komus powiedziała, czy zachowywałabym się jakoś inaczej to powodu szukajcie w mojej bezsenności. Wczoraj znów walczyłam do 2, jedząc dania w 5 minut, siedząc na naszej-klasie i pisząc speacha o adopcji dzieci przez pary homoseksulane. Ostatnia czynność zaciągnęła mnie w końcu do łóżka. Nasza-klasa robi furore, żadne to odkrycie, ale się utwierdziłam w tym przekonaniu, jak się okazało, że McDreamy się zalogował, przez co zyskał sobie przydomek "Człowiek widmo". Ja nie wiedziałam, żeby na Anke aż tak działała symfonia z "Nosferatu wampir- symfonia grozy". Póki co zapominam o wampirach i chcę się wybrać na "Across the universe". Nie dość, że piosenki panów z Liverpoolu to jeszcze Bono jako doctor Robert...No i jeszcze wielkie odkrycie zeszłego weekendu-Jim Strugess. To nic, że kogoś mi przypomina. Może to już te halucynacje?
di-di-di-di'n'di ? Jim Strugess, "I've just seen a face" i słuchawki na uszach bo dziś w domu atmosfera iście naukowa.
- Kockás? Czyli, że w kratę?
Nie ma to jak inteligentne, pełne polotu rozmowy studentów podczas zajęć. Pytanie jasne, więc po co pytanie na pytanie? Brawa dla mej osoby. Wszystko można zawsze zwalić na zaspanie, na poniedziałek...Tylko gdzie zaspanie o godzinie 16? Co do zaspania, to ludzie cierpiący na bezsenność potrafią dostawac halucynacji, więc jakbym coś komus powiedziała, czy zachowywałabym się jakoś inaczej to powodu szukajcie w mojej bezsenności. Wczoraj znów walczyłam do 2, jedząc dania w 5 minut, siedząc na naszej-klasie i pisząc speacha o adopcji dzieci przez pary homoseksulane. Ostatnia czynność zaciągnęła mnie w końcu do łóżka. Nasza-klasa robi furore, żadne to odkrycie, ale się utwierdziłam w tym przekonaniu, jak się okazało, że McDreamy się zalogował, przez co zyskał sobie przydomek "Człowiek widmo". Ja nie wiedziałam, żeby na Anke aż tak działała symfonia z "Nosferatu wampir- symfonia grozy". Póki co zapominam o wampirach i chcę się wybrać na "Across the universe". Nie dość, że piosenki panów z Liverpoolu to jeszcze Bono jako doctor Robert...No i jeszcze wielkie odkrycie zeszłego weekendu-Jim Strugess. To nic, że kogoś mi przypomina. Może to już te halucynacje?
di-di-di-di'n'di ? Jim Strugess, "I've just seen a face" i słuchawki na uszach bo dziś w domu atmosfera iście naukowa.
poniedziałek, 24 grudnia 2007
Japonia
Szukałam zdjęć żeby wrzucić do profilu msn i co znalazłam...Tatusiowe zdjęcia prosto z Japonii. Zapewne zapychają dysk twardy od dawna, ale ja nic o tym nie wiedziałam. Taki spisek przeciw mnie, żeby mi żal nie było. Już mi jest przykro, że tatu był, a ja nie .Tak samo jak to, że nie mam mini morisa.





No i tym świątecznym akcentem: Kis karácsony, nagy karácsony
No i tym świątecznym akcentem: Kis karácsony, nagy karácsony
piątek, 21 grudnia 2007
csillag
Jakiś czas temu w Internecie przeczytałam artykuł o przyjazdach dzieci do domów na święta. Ponoć jest pięknie i radośnie, do momentu pierwszej kłótni o niezłożony ręcznik w łazience. Po wczorajszym dotarciu do domu stwierdzam, że taka sprzeczka nam nie grozi. Niewiele się zmieniło od mojej 130 km emigracji. Ten "dom wariatów" się nie zmienia. Ja może wprowadzam troszeczkę więcej zamieszania niż zwykle. Jestem w domu, zastanawiając się czy wszystko pogasiłam u siebie i czy moje kwiaty nie padną przez te parę dni, pomimo tego, ze stoją w misce z wodą w zimnym pokoju. Może się w ten sposób zahartują. Ranno (10.30) wyciągnęłam z domu Ankę, dokłaniej to ona w praktyce mnie wyciągnęła. Poszłyśmy do naszego wspaniałego liceum, a przy okazji wprosiłyśmy się na krótko na wigilie klasową klasy matematycznej. Wspomnienia...
Potem mały maraton po mieście, aż w końcu dotarłam z dwoma knigami (czyt. słownikami polsko-wegierskimi) na ksero, gdzie pani oświdczyła mi, ze nie skseruje ich szybciej niż na za dwa tygodnie. Dziękuję bardzo, obejdzie się. Nie wiem czemu, ale troszeczkę mi smutno. Smutno bo jednak odzywczajam się od "miasta rodzinnego". Dopiero tam odkrwam siebie, chyba dostarłam do korzeni.
Wracajac do tematów okołobozonarodzeniowych. To we wtorek była wigilia z tokajem w tle i świadomością zaliczenia historii Węgier na następny dzień. Skutek, nie mogłam do końca cieszyć się "wigilią z tokajem w tle". Plus, z historią jestem do przodu.
Dziś mały maraton po mieście samochodem. Na razie póki co robię za pasażera, bo prawka jak nie miałam, tak dalej nie mam.
Nie potrafię pisać, tzn ładnie i skłądnie. Sens jest jednak taki. Wszystko sporowadza się do do tej boznonarodzeniowej komercji, która stwarza nastrój. Naprawdę ją lubię.


Búék, moi drodzy!
Potem mały maraton po mieście, aż w końcu dotarłam z dwoma knigami (czyt. słownikami polsko-wegierskimi) na ksero, gdzie pani oświdczyła mi, ze nie skseruje ich szybciej niż na za dwa tygodnie. Dziękuję bardzo, obejdzie się. Nie wiem czemu, ale troszeczkę mi smutno. Smutno bo jednak odzywczajam się od "miasta rodzinnego". Dopiero tam odkrwam siebie, chyba dostarłam do korzeni.
Wracajac do tematów okołobozonarodzeniowych. To we wtorek była wigilia z tokajem w tle i świadomością zaliczenia historii Węgier na następny dzień. Skutek, nie mogłam do końca cieszyć się "wigilią z tokajem w tle". Plus, z historią jestem do przodu.
Dziś mały maraton po mieście samochodem. Na razie póki co robię za pasażera, bo prawka jak nie miałam, tak dalej nie mam.
Nie potrafię pisać, tzn ładnie i skłądnie. Sens jest jednak taki. Wszystko sporowadza się do do tej boznonarodzeniowej komercji, która stwarza nastrój. Naprawdę ją lubię.


Búék, moi drodzy!
piątek, 14 grudnia 2007
Gardłowy problem
Znów przyjechałam do domu, znów trochę przez przypadek, dzięki swojemu urokowi osobistemu, 100 procentowej frekwencji na ćwiczeniach i informacji, że zliczyłam ostatnie koło na 76 %. Teoretycznie, teraz powinnam dopiero wyjezdżać do domu. Byle do nowego roku, byle już na stałe zostać. Pierdolca można dostać od tego jeżdżenia.
Wczoraj było lotnisko, wcześniej przeprawa przez Leśne Skrzaty i inne Królewny Śnieżki. Na lotnisku czekanie ponad godzine, bo samolot opozniony o 15 minut. Nic to jednak przy PKP. Na lotnisku chociaz ciepło, czysto, schludnie, prawdziwy XXI (i jak tu nie lubić lotnisk). Pociąg opozniony natomiast o 100 minut, choc miał byc o "tylko" 80 minut. Przy 100 minutach na tablicy odjazdów zdezertowaliśmy. Dziś zdezerterowałam z zajęć. Czego nie robi się dla rodziny.
Wczoraj znów żałowałam, że nie miałam aparatu, bo inaczej nie potrafię opowiedzieć jak ludzie biegali w pamice po dworcu z jednego pociągu do drugiego, do tego te masakryczne opoznienia.
Dobra, gardło mnie boli...
Wczoraj było lotnisko, wcześniej przeprawa przez Leśne Skrzaty i inne Królewny Śnieżki. Na lotnisku czekanie ponad godzine, bo samolot opozniony o 15 minut. Nic to jednak przy PKP. Na lotnisku chociaz ciepło, czysto, schludnie, prawdziwy XXI (i jak tu nie lubić lotnisk). Pociąg opozniony natomiast o 100 minut, choc miał byc o "tylko" 80 minut. Przy 100 minutach na tablicy odjazdów zdezertowaliśmy. Dziś zdezerterowałam z zajęć. Czego nie robi się dla rodziny.
Wczoraj znów żałowałam, że nie miałam aparatu, bo inaczej nie potrafię opowiedzieć jak ludzie biegali w pamice po dworcu z jednego pociągu do drugiego, do tego te masakryczne opoznienia.
Dobra, gardło mnie boli...
wtorek, 4 grudnia 2007
Preświątecznie
Ponoć za niecale dwa dni maja wlaczyc w miescie iluminacje swiateczna. Na razie póki co co jaki czas i co parę metrów testują lampki, girlandy. Jestem ciekawa jak będzie wyglądać maisto. Na dzień dzisiejszy na moscie trwa wieszanie ozdób. Swieta się zbliżają, w piątek chyba trzeba wybrać się zakupy, pomyslec kto co dostanie. Nie mam pomyslow, zreszta jak co roku. Wiem jedno, teraz trzeba naladowac aparat, spakowac go do torby i weekend do miasta, robic zdjecia.
W tym tygodniu biegam z obledem w oczach i obklejam slowkami wszystko co jest mozliwe i pod moim zasiegiem.

Ponoc to pomaga w zapamietywaniu.
Również oczami szaleńca patrzę na nowe Lumixy i Pentaxy, zwlaszcza na te drugie. Patrzeć zawsze można, tego nie zabronili.
W tym tygodniu biegam z obledem w oczach i obklejam slowkami wszystko co jest mozliwe i pod moim zasiegiem.
Ponoc to pomaga w zapamietywaniu.
Również oczami szaleńca patrzę na nowe Lumixy i Pentaxy, zwlaszcza na te drugie. Patrzeć zawsze można, tego nie zabronili.
Subskrybuj:
Posty (Atom)