Śnił mi się dziś w nocy Jim. Dokładniej to Jim i Joe. Jeszcze dokładniej powinnam napisać, że Jude i Max. Chyba. O 5.30 obudziłam się z lekkim niedowierzaniem, była dopiero wczesna godzina. Jeszcze jakieś pół godziny spokojnego snu. Co było potem nie pamiętam, bo ranek był dość smutny, a ciemne chmury nisko okalały stare budynki od zachodniej strony.
Teraz też szaro-niebieskie zwiastuny późnowieczornego deszczu powoli snują się po niebie, skutecznie utrudniając słonecznym iskierkom przedostac się i wpaść na balkon.
Może to i lepiej. Nie jest mi chociaz zal pieknej pogody za oknem.
Czytam prospekty turystyczne o Węg, o Debrecsenie i śmiac mi się chce na samą myśl o nim. Nagyon szép pályaudvar Debrecsenben. Tak słyszałam tak kazdym razie.
Słuchając Kate Havnevik pomyśałam, że fajnie by było uciec na Borholm. Niekoniecznie z kimś. Nie chcesz tam jechać, trudno, twoja strata. Trudno się przyznać, my loneliness unfolds.
Tam jednak człowiek zapomina, ze jest samotny. Z uśmiechem na twrzy można wtedy usiąść na plaży w Dueodde. Jednak, jeśli zgodzisz się pojechać, zabiorę cię ze sobą. Naucze ciebie czym jest prawdziwe morze...Morze myśli.
update 18.04.08
Patrz! Świat za oknem zwariował! Ciepłe i zimne barwy uległy wymieszaniu. Nawet kot, dachowiec omija ciebie szerokim łukiem. Wtedy myślisz sobie, że to wredne, zapchlone zwierzę.
Idąc ulicą kopiesz starą puszkę po Dr. Pepperze zastanawiając się, w którą stronę musisz się kierować, aby dojść do "Mekki". Nie wiesz jeszcze dokładnie czym jest twoja "Mekka", wiesz natomiast, że musisz tam dotrzeć i to niedługo.
Gdy tak kopiesz puszkę zauważasz, że podeszwa w twoich starych butach niedługo odpadnie.
To się nazywa przewartościowanie. Każdy tak mówi, ale nikt jeszcze nie odkrył czego tak naprawdę ono ma dotyczyć, tzn. jakich kwestii życia. Czy puszczanie baniek mydlanych na wietrze wystarczy, czy trzeba do tego jeszcze szczerze się uśmiechać i zaufać sobie?
wtorek, 15 kwietnia 2008
wtorek, 8 kwietnia 2008
Dici che il fiume trova la via al mare
Obiecałeś, że do mnie, po mnie przyjedziesz.
Morze Czarne musi być piękne, nie tylko o tej porze roku, a jego historia to splot heroicznych scen z przeszłości, jak też tych, które splamiły dzieje ludzkości.
Ja cięgle jeszcze bardziej wierzę w tę heroiczność, w prawdę. Tak samo jak w ludzi. Uwierzyłam w tamte słowa. W jego słowa? Naiwność dziecka, niczym z powieści Dragomana. Tam obraz Kanału Dunaju to czarna karta, na której widnieją zaschnięte krople krwi.
Wróćmy jednak do mojej, naszej podróży. Będziemy podróżować niczym Herodot. Plan naszej trasy jest jednak dłuższy, wszak Indie są dopiero w jej połowie. Dotrzemy aż do Chin. Muszę zmierzyc się w koncu z moją marą senną, którą jest Wielki Mur Chiński. Jak się uda i starczy funduszy to może przeprawimy się do Japonii, choć obiecałeś, że już nigdy nie wrócimy do Tokyo. Na pewno wcześniej zwiedzimy Europę Środkowo-Wschodznią. Marzę o tygodniu spędzonym nad Balatonem, a tyle już słyszałam o Górze Gelerta. Indnie będą zapewne dużym szokiem kuturowym, choć pewnie już Turcja wywrze spore wrażenie. Będziesz musiał o mnie dbać, w końcu jestem tylko blondynką o poszarpanej duszy, którą mozna sprzedać za dwa wielbłądy.
Obiecujesz, nie sprzedaz mnie?
To tylko podróz po zakamarkach mojej duszy i wyobraźni.
W mojej wyobraźni, jak tez w mojej rzeczywistości czekam na ciebie. Bo obiecałeś, a obietnic się dotrzymuje. Przeciez nie wyruszymy tak z dnia na dzień. Mozemy wcale nie wyjezdzać. Wystarczy nam mapa na mojej ścianie, twoje i moje zdjęcia gromadzone z katalogów biur podrozy i wycinków z gazet. Opowiem Ci wszystko o Budapeszcie. Mowisz, że jest piękny. Wierzę ci. Sama tam jeszcze nie byłam, a ty?
Nie chcę, zeby moim mottem stało się "E quell'amore non so pi aspettare".
No! Sei il fiume!
Morze Czarne musi być piękne, nie tylko o tej porze roku, a jego historia to splot heroicznych scen z przeszłości, jak też tych, które splamiły dzieje ludzkości.
Ja cięgle jeszcze bardziej wierzę w tę heroiczność, w prawdę. Tak samo jak w ludzi. Uwierzyłam w tamte słowa. W jego słowa? Naiwność dziecka, niczym z powieści Dragomana. Tam obraz Kanału Dunaju to czarna karta, na której widnieją zaschnięte krople krwi.
Wróćmy jednak do mojej, naszej podróży. Będziemy podróżować niczym Herodot. Plan naszej trasy jest jednak dłuższy, wszak Indie są dopiero w jej połowie. Dotrzemy aż do Chin. Muszę zmierzyc się w koncu z moją marą senną, którą jest Wielki Mur Chiński. Jak się uda i starczy funduszy to może przeprawimy się do Japonii, choć obiecałeś, że już nigdy nie wrócimy do Tokyo. Na pewno wcześniej zwiedzimy Europę Środkowo-Wschodznią. Marzę o tygodniu spędzonym nad Balatonem, a tyle już słyszałam o Górze Gelerta. Indnie będą zapewne dużym szokiem kuturowym, choć pewnie już Turcja wywrze spore wrażenie. Będziesz musiał o mnie dbać, w końcu jestem tylko blondynką o poszarpanej duszy, którą mozna sprzedać za dwa wielbłądy.
Obiecujesz, nie sprzedaz mnie?
To tylko podróz po zakamarkach mojej duszy i wyobraźni.
W mojej wyobraźni, jak tez w mojej rzeczywistości czekam na ciebie. Bo obiecałeś, a obietnic się dotrzymuje. Przeciez nie wyruszymy tak z dnia na dzień. Mozemy wcale nie wyjezdzać. Wystarczy nam mapa na mojej ścianie, twoje i moje zdjęcia gromadzone z katalogów biur podrozy i wycinków z gazet. Opowiem Ci wszystko o Budapeszcie. Mowisz, że jest piękny. Wierzę ci. Sama tam jeszcze nie byłam, a ty?
Nie chcę, zeby moim mottem stało się "E quell'amore non so pi aspettare".
No! Sei il fiume!
środa, 26 marca 2008
Surrealistycznie
"Surrealistyczne, acz miłe"- pamiętacie te słowa wypowiedziane przez Hugh Granta w "Notthing Hill"?
Ja powinnam mówić: "Surrealistyczne, acz prawdziwe". Tak, prawdziwe.
Uśmiecham się na myśl o tych paru godzinach.
Update 29.03.2008
Dziś złość? Nie. Tylko, że ja nie chcę być Eleanor Rigby.
Ja powinnam mówić: "Surrealistyczne, acz prawdziwe". Tak, prawdziwe.
Uśmiecham się na myśl o tych paru godzinach.
Update 29.03.2008
Dziś złość? Nie. Tylko, że ja nie chcę być Eleanor Rigby.
sobota, 15 marca 2008
Truskawkowe pole
Baterie w końcu kupione, kabel jest. Zdjęcia można wreszcie wgrać na komputer. Ile było czekania, wkurzania się i ogólnie pojmowanej irytacji.


No niestety Jastrzębie przegrało.
Ostatnie tygodnie przyniosły lekką kompromitacje przy automacje z jedzeniem, parę samochodowych podróży i Wielki Mur Chiński, który z uporem maniaka prześladuje mnie w snach. Interakatywno-literacka podróż do Indii odbyła się bez zakłóceń, za to obraz Chin chodzi za mną zarówno w dzień, jak i w nocy. Z naciskiem na nocy. Dobrze, że za towarzysza mam Herodota.
Kino też mnie pociąga i nie zapomina o sobie zapomnieć..."Aż poleje się krew".
Uzależniłam się od skrzynki pocztowej o "odebranych wiadomości". Od tygodnia brak wiadomości. Nie przejmuję się tym jednak, bo wiosna tak pięknie pachnie na Wildzie.
Cały czas chodzę nucą "Strawberries Fields", cover Beatlesów, w wykonaniu Strugessa i Andersona.
Słodkie jest to truskawkowe pole.


No niestety Jastrzębie przegrało.
Ostatnie tygodnie przyniosły lekką kompromitacje przy automacje z jedzeniem, parę samochodowych podróży i Wielki Mur Chiński, który z uporem maniaka prześladuje mnie w snach. Interakatywno-literacka podróż do Indii odbyła się bez zakłóceń, za to obraz Chin chodzi za mną zarówno w dzień, jak i w nocy. Z naciskiem na nocy. Dobrze, że za towarzysza mam Herodota.
Kino też mnie pociąga i nie zapomina o sobie zapomnieć..."Aż poleje się krew".
Uzależniłam się od skrzynki pocztowej o "odebranych wiadomości". Od tygodnia brak wiadomości. Nie przejmuję się tym jednak, bo wiosna tak pięknie pachnie na Wildzie.
Cały czas chodzę nucą "Strawberries Fields", cover Beatlesów, w wykonaniu Strugessa i Andersona.
Słodkie jest to truskawkowe pole.
wtorek, 4 marca 2008
W podzięce dla Borrominiego
Himmel über mir, und das moralische Gesetz in mir... Sprawiam wrażenie, że ja taka intelektualistka ze mnnie. Kiedyś trzeba zacząć, a jak zaczynac to już od klasyów. Chyba jeśli chodzi o filozofie, to na tym zdaniu rozpocznie i zakończy się moje obcowanie z filozofią w tym tygodniu, bo coś sądzę, że pomylę drogi w drodzę na wykład i zawędruję do kina czy do sklepów w poszukiwaniu butów. No i w tym momencie upadło wrażenie "wyższej inteligencji". Tak, wiem, jestem płytka.
Dziś dzień włoski w "trójce". Serce aż się wyrywa do ukochanego Rzymu, na Via Corso czy Piazza Navona. Tam tak pięknie promienie słoneczne padają na twarz, gdy leży się na marmurowej ławce. Marzycielsko. Brakuje tylko soundtraca z "Marzyciela" czy piosenek Erosa Ramazzotiego. Per me, per sempre!
Na razie w głośnikach zbieranina muzyczna, począwsze ot Beatlesów, skończywszy na Mobym, a do tego kolejne muzyczne rewelacje od McDreamy'ego.
Zwariowałam. Uzależniłam się od skrzynki pocztowej.
Dziś dzień włoski w "trójce". Serce aż się wyrywa do ukochanego Rzymu, na Via Corso czy Piazza Navona. Tam tak pięknie promienie słoneczne padają na twarz, gdy leży się na marmurowej ławce. Marzycielsko. Brakuje tylko soundtraca z "Marzyciela" czy piosenek Erosa Ramazzotiego. Per me, per sempre!
Na razie w głośnikach zbieranina muzyczna, począwsze ot Beatlesów, skończywszy na Mobym, a do tego kolejne muzyczne rewelacje od McDreamy'ego.
Zwariowałam. Uzależniłam się od skrzynki pocztowej.
czwartek, 21 lutego 2008
Sytuacja kryzsowa
...Taka jest, a raczej była jeszcze wczoraj, bo przedwczoraj to był szczyt szczytów. To może zacznę od zilustrowania przedwczorajszej sytuacji.
Przedwczoraj:
-gorączka, stan przeziębieniowo-chorobowy a'la grypa,
-wieczorne spotkanie trzeciego stopnia u lekarza na "dziadkowej wsi",
-antybiotyki, lekki "zjazd", załamanie nerwowe, stan wszechogarniającego płaczu,
-świadomość jutrzejszego zaliczenia z języko., na które mało co umiałam.
Odwaga ducha i serca jednak zwyciężyły. Naszpikowałam się jakimiś proszkami, poszłam spać. Wcześniej parę telefonów od rodziców, bo "ty dziecko dawno nie byłaś chora". Uwierzcie mi, ostatni raz z gorączką leżałam chyba w gimnazjum. Liceum to był okres ogarniającego mnie zdrowia, a to, że różnie to wyglądało w dzienniku i na usprawiedliwieniach, które rzekomo były lewe, to już inna sprawa. Od razu zaznaczam, nigdy nie miałam lewego zwolnienia, chorowałam, ale na trochę inne dolegliwości...
Wczoraj:
-uzbrojona w herbatę malinową dotarłam na zaliczenie, które okazało się nie być zaliczeniem,
-jako, że ma zwolnienie lekarskie doszłam do wniosku, że nie będę zarażać ludzi, bo ponoć to strasznie zaraźliwe i narażać nie będę my flatmate, spakowałam się i pojechałam do G-W, do rodziców,
-pełnia szczęścia, też przeziębionych rodziców, że jestem w domu, a nie na odległość sama się leczę.
Dziś:
-dziś się dopiero zaczyna,
-przemiłe SMSy rano od S.(btw, trzyma kciuki za prezentacje)
-cholerna strzałka od McDreamego, którego numer znów sobie wpisałam do komórki, wiem, masz prawo mnie udusić.
Podsumowując, dobrze jest. Siedzę w ------- G-W, zamiast świetnie się bawić w Pz-n, bo szczerze mam ochotę na Doga i wódkę z tonikiem. Woła mnie syrop.
Niech mnie ktoś odwiedzi ...
Update.20.42
Sytuacja kryzowa wynikała też z braku zimnej wody w kranie. To jest naprawdę duży dyskomfort. Człowiek jak wchodzi potem pod prysznic, z którego leje się zarówno zimna , jak i ciepła woda jest w 7. niebie.
Jak już wspominałam, rodzinnie chorujemy, tak więc oglądamy stare filmy, seriale i komedie romantyczne, w tym oczywiście ponadczasowego "Kate i Leopold". Zawsze podczas jego finału się wzruszam, a do tego "Until" Stinga...
enjoy!
Przedwczoraj:
-gorączka, stan przeziębieniowo-chorobowy a'la grypa,
-wieczorne spotkanie trzeciego stopnia u lekarza na "dziadkowej wsi",
-antybiotyki, lekki "zjazd", załamanie nerwowe, stan wszechogarniającego płaczu,
-świadomość jutrzejszego zaliczenia z języko., na które mało co umiałam.
Odwaga ducha i serca jednak zwyciężyły. Naszpikowałam się jakimiś proszkami, poszłam spać. Wcześniej parę telefonów od rodziców, bo "ty dziecko dawno nie byłaś chora". Uwierzcie mi, ostatni raz z gorączką leżałam chyba w gimnazjum. Liceum to był okres ogarniającego mnie zdrowia, a to, że różnie to wyglądało w dzienniku i na usprawiedliwieniach, które rzekomo były lewe, to już inna sprawa. Od razu zaznaczam, nigdy nie miałam lewego zwolnienia, chorowałam, ale na trochę inne dolegliwości...
Wczoraj:
-uzbrojona w herbatę malinową dotarłam na zaliczenie, które okazało się nie być zaliczeniem,
-jako, że ma zwolnienie lekarskie doszłam do wniosku, że nie będę zarażać ludzi, bo ponoć to strasznie zaraźliwe i narażać nie będę my flatmate, spakowałam się i pojechałam do G-W, do rodziców,
-pełnia szczęścia, też przeziębionych rodziców, że jestem w domu, a nie na odległość sama się leczę.
Dziś:
-dziś się dopiero zaczyna,
-przemiłe SMSy rano od S.(btw, trzyma kciuki za prezentacje)
-cholerna strzałka od McDreamego, którego numer znów sobie wpisałam do komórki, wiem, masz prawo mnie udusić.
Podsumowując, dobrze jest. Siedzę w ------- G-W, zamiast świetnie się bawić w Pz-n, bo szczerze mam ochotę na Doga i wódkę z tonikiem. Woła mnie syrop.
Niech mnie ktoś odwiedzi ...
Update.20.42
Sytuacja kryzowa wynikała też z braku zimnej wody w kranie. To jest naprawdę duży dyskomfort. Człowiek jak wchodzi potem pod prysznic, z którego leje się zarówno zimna , jak i ciepła woda jest w 7. niebie.
Jak już wspominałam, rodzinnie chorujemy, tak więc oglądamy stare filmy, seriale i komedie romantyczne, w tym oczywiście ponadczasowego "Kate i Leopold". Zawsze podczas jego finału się wzruszam, a do tego "Until" Stinga...
enjoy!
czwartek, 14 lutego 2008
Keine direkcione
Wycieczka krajoznawcza do "NRD" skończyła się z t-shirtem z esprit, "vanity fair", paczką kellogs i słoikiem pysznego masła orzechowego. Teraz będziemy mieli co na śniadanie, dla urozmaicenia.
Napatrzeć się nie mogę na czerwoną reklamówkę leżącą na moim niepościelonym łóżku.
Kupiłam sobie jak już na wstępie wspomniałam "Vanity fair" i będę czytać i to po niemiecku. Zobaczymy z jakim skutkiem. O ile czas znajdę. "Czy ma ktoś GPS'a?"
Póki co nawet językoznawstwo ciągle tylko leży na biurku. Co jakiś czas do niego zaglądam, ale bez skutku. Jakoś nie mogą mi wejść do głowy poszczególne homonimy, homosignifikaty i inne fonemy.
Za każdym razem jak jestem w Niemczech i widzę ulice o nazwie "Karl-Marks-Alee/Strasse" przypomina mi się jakiej dostałam ekstazy podczas "early morning september fog" przejeżdżając przez berlińską "Karl-Marks-Alee".
-Anek, patrz! Karl-Marks-Alee! Tu kręcili berlińską wersje teledysku U2 "One".
Wtedy jeszcze nigdy wcześniej, jak wtedy, te kafelkowe budynki przy tej jednej z głównych alei, nie zrobiły na mnie takiego wrażenia. Duże miasto budzące się do życia. Mgła opadająca na spękane starością budynki i okoliczne klomby.
Właśnie słucham "One". Rockowe piosenki o miłości tak oczywiście przedstawiają miłość, jako spełnienie dusz, ich wspólnotę. "Oczywista oczywistość". Może to jeden z wielu powodów czemu ludzie tak kochają rockowe ballady. "We one, but not the same". W walentynki ludzie właśnie pod takimi piosenkami piszą dedykacje dla swoich miłości.
Piosenki o miłości? Przychodzi mi parę na myśl. Oczywiście wspomniane "One", ale też "With or without you", piosenka, która może robić za przykład antytezy na lekcjach języka polskiego, refren piosenki "Window in the skies", który słucha sobie za każdym razem McDreamy jak mi strzałki wysyła, ale też "Pride. In the name of love". Trochę monotematycznie się zrobiło...Bardzo U2-towo. No to jeszcze dorzucę "Fields of gold" Sting, "Everlasting love", "I've just seen a face" The Beatles. Zapomniałabym na koniec o "Sweetest thing" też oczywiście U2. Miny Bono za każdym razem wywołują uśmiech na mojej twarzy. Nie ma to jak widok skruszonego faceta. Od razu wywołuje nie dosć, że uśmiech to też, małą satysfakcje.
W walentynki wzrasta liczba przyjęć do szpitali psychiatrycznych, nie tylko na Węgrzech...
Aparat jakby trochę lepiej, tzn powoli zaczyna łapać ostrość. Zdjęć z podboju Frankfurtu za dużo nie ma, a jak są to w komórce, na dodatek nie mojej. Póki co uraczę Was, znanymi przez niektórych już, zdjęciami z podboju Berlina we wrześniu.



Na marginesie, znów nie zdałam. Wiemy o co chodzi.
Napatrzeć się nie mogę na czerwoną reklamówkę leżącą na moim niepościelonym łóżku.
Kupiłam sobie jak już na wstępie wspomniałam "Vanity fair" i będę czytać i to po niemiecku. Zobaczymy z jakim skutkiem. O ile czas znajdę. "Czy ma ktoś GPS'a?"
Póki co nawet językoznawstwo ciągle tylko leży na biurku. Co jakiś czas do niego zaglądam, ale bez skutku. Jakoś nie mogą mi wejść do głowy poszczególne homonimy, homosignifikaty i inne fonemy.
Za każdym razem jak jestem w Niemczech i widzę ulice o nazwie "Karl-Marks-Alee/Strasse" przypomina mi się jakiej dostałam ekstazy podczas "early morning september fog" przejeżdżając przez berlińską "Karl-Marks-Alee".
-Anek, patrz! Karl-Marks-Alee! Tu kręcili berlińską wersje teledysku U2 "One".
Wtedy jeszcze nigdy wcześniej, jak wtedy, te kafelkowe budynki przy tej jednej z głównych alei, nie zrobiły na mnie takiego wrażenia. Duże miasto budzące się do życia. Mgła opadająca na spękane starością budynki i okoliczne klomby.
Właśnie słucham "One". Rockowe piosenki o miłości tak oczywiście przedstawiają miłość, jako spełnienie dusz, ich wspólnotę. "Oczywista oczywistość". Może to jeden z wielu powodów czemu ludzie tak kochają rockowe ballady. "We one, but not the same". W walentynki ludzie właśnie pod takimi piosenkami piszą dedykacje dla swoich miłości.
Piosenki o miłości? Przychodzi mi parę na myśl. Oczywiście wspomniane "One", ale też "With or without you", piosenka, która może robić za przykład antytezy na lekcjach języka polskiego, refren piosenki "Window in the skies", który słucha sobie za każdym razem McDreamy jak mi strzałki wysyła, ale też "Pride. In the name of love". Trochę monotematycznie się zrobiło...Bardzo U2-towo. No to jeszcze dorzucę "Fields of gold" Sting, "Everlasting love", "I've just seen a face" The Beatles. Zapomniałabym na koniec o "Sweetest thing" też oczywiście U2. Miny Bono za każdym razem wywołują uśmiech na mojej twarzy. Nie ma to jak widok skruszonego faceta. Od razu wywołuje nie dosć, że uśmiech to też, małą satysfakcje.
W walentynki wzrasta liczba przyjęć do szpitali psychiatrycznych, nie tylko na Węgrzech...
Aparat jakby trochę lepiej, tzn powoli zaczyna łapać ostrość. Zdjęć z podboju Frankfurtu za dużo nie ma, a jak są to w komórce, na dodatek nie mojej. Póki co uraczę Was, znanymi przez niektórych już, zdjęciami z podboju Berlina we wrześniu.



Na marginesie, znów nie zdałam. Wiemy o co chodzi.
Subskrybuj:
Posty (Atom)